↩︎ Powrót do strony głównej

Calibre-Web + Readeck + KOReader + Kindle (jailbroken)

Jestem użytkownikiem Kindle już od ponad 10 lat. Uważam, że technologia e-ink oraz powstałe na jej bazie czytniki e-booków to jeden z niewielu przykładów dobrej, powszechnie skomercjonalizowanej technologii ostatnich lat.

Do niedawna wykorzystywałem swój czytnik wyłącznie do czytania książek. Do zarządzania ich kolekcją wystarczał mi w zupełności program Calibre zainstalowany na moim pierwszym, i przez długi czas jedynym laptopie. To doskonała aplikacja, która oferuje z resztą znacznie więcej funkcji, niż było mi kiedykolwiek potrzebne. Okazjonalnie korzystałem też z oferowanej przez Amazon opcji “Send to Kindle”, ponieważ wspiera ją większość (wszytkie?) polskie księgarnie e-booków. Jednak zawsze zależało mi na integralności mojego katalogi e-booków, wobec czego trzymałem się raczej Calibre. Chciałem, aby był on jedynym źródłem prawdy.

Pierwszy problem z moją pierwotną konfiguracją był związany z rosnącą ilością nowych urządzeń, jakie zaczęły pojawiać się w moim życiu. Smartfon, drugi laptop, tablet. Dostęp do katalogu miałem tylko z jednego urządzenia. Poza tym część moich znajomych zaczęła przekonywać się do e-booków, a jedną z ich wielu zalet jest (powinna być) łatwość dzielenia się. Jednym z rozwiązań była synchronizacja katalogu e-booków pomiędzy urządzeniami. Jednak choć rozwiązywało to problem dostępności danych, to nie rozwiazywało problemu dostepności funkcjonalności do zarządzania nimi ani ich współdzielenia. Nie istnieje Calibre na smartfony i tablety. Nie będę też prosił znajomych o konfigurację synchronizacji wspólnego katalogu.

Wówczas, cały na złoto, wjechał na białym koniu projekt Calibre-Web, który:

  • ma minimalistyczny, przyjemny dla oka interfejs,
  • ma wszystkie potrzebne funkcjonalności (wysyłka e-booków na Kindle, przechowywanie wielu formatów, edycja metadanych, oznaczanie przeczytania, możliwość czytania w przeglądarce, katalog OPSD) oraz
  • daje się w prosty sposób zainstalować na hostingu współdzielonym.

Zbyt liczne urządzenia zostały w końcu zwykłymi klientami a znajomi mogli sami szperać w moim katalogu książek bez konfigurowania czegokolwiek po swojej stronie.

Jeżeli chodzi o czasopisma to przez długi czas prenumerowałem je w papierze. Po jakimś czasie przerzuciłem się na wersję cyfrowe, jednak przyzwyczajenie do stylistyki fizycznego nośnika oraz pojawienie się tabletu sprawiły, że czytałem je w PDF-ie. Podobnie internetowe artykuły czy blogowe posty czytałem głównie na ekranie komputera. Nie jest to jednak zbyt wygodne, nie wspominając o zmęczeniu oczu, maltretowanych najpierw przez pierwsze 8 godzin pracy przed ekranem. Poza tym zawsze jest więcej do przeczytania, niż czasu na zrobienie tego, wobec czego znaczna część tekstów zamieniała się w zakładki zombie. Nigdy nie byłem jednak namiętnym czytelnikiem blogów i internetowych czasopism, w związku z czym nie był to palący problem.

Sytuacja zmieniła się, kiedy zdecydowałem się na zakup subskrypcji portalu Pulsar, który poza własnymi tekstami publikuje również artykuły z Scientific American oraz Wiedzy i Życia. Zbiegło się to z momentem ponownego zakupu prenumeraty Linux Magazine, w którego najnowszym numerze przeczytałem o aplikacji Readeck - możliwym do samodzielnego hostowania menadżerze treści do przeczytania na później. Jako, że wszystkie moje prenumeraty udostępniały artykuły w postaci zwykłych stron internetowych, a ja nie byłem zainteresowany wszystkimi publikowanymi treściami postanowiłem wybróbować Readeck. Podobnie jak Calibre-Web dało się go błyskawicznie i bez żadnego problemu zainstalować na tym samym hostingu współdzielonym. Po niecałej minucie miałem już też zainstalowaną i skonfigurowaną wtyczkę do Firefoxa, która pozwalała mi zapisywać artykuły do przeczytania w mojej nowo utworzonej instancji. Wszystko działało bez zarzutu.

I książki, i artykuły miały dedykowane, wyspecjalizowane aplikacje służące do zarządzania nimi, które samodzielnie hostowałem. Pozostał tylko jeden problem - klient do ich odczytu. Korzystnaie z przesyłania książek przy użyciu “Send to Kindle” z poziomu Calibre-Web było krokiem naprzód, jednak miało wady: wymagało użycia innego urządzenia do przesłania książki (komputera, tabletu, telefonu) oraz korzystało z infrastruktury Amazona jako pośrednika pomiędzy źródłem książki a czytnikiem. Docelowym było rozwiązanie, które nie wymagało pośrednika w komunikacji. Kindle i jego zamknięte oprogramowanie nie dawały jednak żadnego pola manewru w tym zakresie. Nadszedł czas na uwolnienie urządzenia z więzienia, co szczęśliwie nie okazało się trudne.

Korzystam z Kindle PW4, który do najnowszych modeli nie należy. Wystarczyło więc przejść przez klarowny proces opisany na dedykowanej tematowi stronie i po kilkunastu minutach urządzenie było wolne. Jednak, aby zyskało supermoce komunikowania się z moimi usługami należało jeszcze zainstalować KOReader - najpopularniejsze i najbardziej dojrzałe alternatywne oprogramowanie dedykowane uwolnionym czytnikom e-booków (dostępne również na inne platformy). Jego instalacja była jeszcze prostsza i przebiegła bez problemów. W tym momencie miałem już możliwość bezpośredniej komunikacji czytnika i menadżera książek, a to dzięki katalogowi OPDS wystawianemu przez Calibre-Web. Wystarczyło zalogować się do usługi z poziomu Kindla i gotowe - mogłem przeglądać swój katalog i pobierać na urządzenie wybrane książki.

Połączenie Readecka z Kindlem wymagało zainstalowania w KOReaderze dodatkowej wtyczki. Następnie musiałem wybrać jedną z metod logowania. Najwygodniejszą okazała się ta, która poelgała na wygenerowaniu przez wtyczkę kodu QR, który po zeskanowaniu telefonem otwierał stronę, na której wystarczyło potwierdzić parowanie. Co istotne wtyczka Readeck synchronizuje również dokonywane podkreślenia i notatki, czego brakuje w przypadku książek. Aby to osiągnąć konieczne jest skonfigurowanie dodatkowego serwera sychronizacji (plan na przyszłość).

Naprawdę warto skonfigurować trio Calibre-Web - Readeck - KOReader. Dzięki temu zyskujemy:

  • niezależność (od zewnętrznej firmy i jej kaprysów, np. zdalnego usuwania książek),
  • brak nadzoru (Kindle wysyła masę metadanych dotyczących naszych interakcji z ich urządzeniem),
  • wygodę (katalog WSZYSTKICH naszych książek i artykułów dostępny z poziomu czytnika),
  • zdrowsze oczy.

A jeżeli kogoś nie przekonują powyższe argumenty to dodam jeszcze, że ja odzyskałem odrobinę godności. Wymuszone korzystanie w języku angielskim na urządzeniu wyprodukowanym i zarządzanym przez wielomiliardową korporację, której “nie stać” na przygotowanie polskiego tłuamczenia to jak splunięcie w twarz. A KOReader ma polski interfejs i polskie znaki na klawiaturze.